11 września 2010 r., 18 dzień pandemii.
Chodząc po okolicy (Orakulum zdradziło mi, że domu niedaleko jest dom, w którym ktoś żyje.) natknął się na dom z zabitymi oknami i drzwiami. Zainteresowany podszedł bliżej. „Halo? Jest tam kto? Tu kapral Taylor...” Po chwili na ganku pojawił się duży mężczyzna w kamizelce kuloodpornej i shogunem w rękach. Za nim w drzwiach drobna kobieta i kilkoro dzieci, chyba trójka, z domu słychać kaszel. (Kostki w ruch!)
Mężczyzna: Zatrzymaj się tam, kapralu. Nie podchodź. Mów, czego szukasz.Taylor: Zmierzam na południe. Sprawdzam okolice. Nie chcę kłopotów.M: Kłopoty są wszędzie. To jest nasz dom. Nie szukamy gości. Droga jest wolna, ale nie próbuj wchodzić.T: W porządku. Macie tu schronienie? Tu w kościele działo się coś złego...M: Widzieliśmy światła w nocy. Słyszeliśmy też krzyki. To te... dzieciaki. Cała zgraja. Od dwóch tygodni kręcą się po okolicy. Chorzy na głowę, agresywni. Nie podchodzą tu, bo wiedzą, że odpowiem ogniem. T: Myślałem, że to banda dorosłych...M: Dorośli byliby rozsądniejsi. Ci nie mają żadnych hamulców. Zrobili rzeź w Sedalii. Nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego.T: A co wy tu robicie? Nie boicie się, że i po was przyjdą?M: Strach nic tu nie zmieni. Zostało nam to, co widzisz — dom, trochę jedzenia, broń i ściany, które jeszcze stoją. Nie mamy dokąd iść.T: Ale jeśli zrobili to, co w Sedalii…M: Wiem, co zrobili. Dlatego okna są zabite, a ja śpię z palcem na spuście.T: Nie ryzykujecie za dużo?M: Wszędzie jest ryzyko. Tu przynajmniej znamy teren.T: Rozumiem. Nie będę wam przeszkadzał.M: Zanim pójdziesz… masz może leki?T: Przy sobie nie, ale w kościele widziałem. Zależy co potrzebujecie.M: Najmłodsza córka gorączkuje od dwóch dni. Gorączka rośnie. Jeśli masz choć antybiotyk albo coś na zbicie temperatury… przyjmę wszystko.T: Mogę sprawdzić w apteczce. Ale nie mam dużo.M: Proszę... Nie chciałbym zostawiać żony i dzieci samych, by jechać do apteki. Niedaleko jest szpital, ale to ostatnie miejsce, do którego bym poszedł. Za dużo tam tych... spacerowiczów.T: A droga do miasta jest bezpieczna?M: Nie jest. Ci młodzi kręcą się po polach, a nocą słyszymy ich śmiech. Nie zostawię tu rodziny bez nikogo do obrony.T: Dobrze. Sprawdzę, co mam. Jeśli coś się nada, zostawię wam.M: To wystarczy. Nie chcę nic więcej.T: Zobaczę, co da się zrobić.
Taylor wraca do kościoła. Sprawdza plecak, w którym noc wcześniej znalazł apteczkę, dzięki której mógł doprowadzić siebie do dobrego stanu. Na szczęście (Dzięki orakulum!) znalazł w nim również środki przeciwzapalne i antybiotyki. Dla dziecka starczą. Przeszukuje jeszcze inne plecaki, ale nie znalazł w nich już żadnych innych leków, tylko zapas słodyczy (Orakulum chyba lubi te dzieci.) Pakuje wszystko i wsiada na rower i wraca do tamtego domu.
Mężczyzna wychodzi z wyraźną ulgą, że nie został zignorowany. Shotgun zostawił przy drzwiach. Taylor przekazuje leki i cukierki. Mężczyzna dziękuje, trochę mu się głos załamuje, a oczy zaczynaja być szkliste. Taylor przedstawia się raz jeszcze, na co mężczyzna mówi, że on to Marcus Robertson, jego żona to Ronda, a dzieci Jaheem, Evan, Kyla, a ta najmłodsza to Imani. Taylor mówi, że udaje się do miasta, gdzie w stacji radiowej jest jego dziewczyna, ale warto byłoby poszukać lepszego schronienia. Obiecał również, że wróci po nich. Marcus niezbyt chętnie, ale się zgodził.
Żołnierz wsiada na rower i rusza drogą do miasta.
Po sesji: mamy nowy problem – chora dziewczynka, jeśli pójdzie źle, to może być to źródło kryzysu, nie wiem, jaki los czeka tę rodzinę – może uda się ich jakoś ewakuować, może dorwą ich mordercze dzieciaki z The Cutthroat Kids... Jak coś, to mamy dodatkowe 6 osób do zapisania do listy NPC oraz miejscówkę kościoła (już cały przeszukany) oraz okolicznych domów.

